Kabel zasilający Pure Fidelity Taurus Reference – recenzja

Pure Fidelity Taurus Reference

Pure Fidelity Taurus Reference

 

[dt_gap height=”10″ /]

Pure Fidelity Taurus Reference – recenzja kabla zasilającego do systemów audio.

[dt_quote type=”pullquote” layout=”left” font_size=”big” animation=”fade” size=”10″] Przy podłączeniu do CD Taurus jest kablem bardzo zrównoważonym pod każdym względem. Nie ma w nim niczego krzykliwego, nie jest nadmiernie ekspansywny zarówno w kwestii prezentacji dynamiki jak i konstrukcji sceny, ot taki przyzwoity średniak. [/dt_quote] Również w kwestii budowania emocji nie jest tytanem. Ja go odebrałem jako bardzo neutralny, trochę beznamiętny, trochę nieśmiały i nie wzbudzający specjalnych emocji. Brzmienie jest lekko przygaszone, bez blasku, ale przez to całkowicie nie męczące. Brakuje mi w nim trochę lepszego oddania trójwymiarowości, to znaczy poukładania dokładniejszych planów zwłaszcza wgłąb sceny. Miałem wrażenie, że musiałem się dość starannie wsłuchiwać w to co dzieje się z tyłu sceny, podczas gdy na Epiphany X wszystko słychać bez konieczności wysilania słuchu. Jakby nad scenę unosiła się taka niewidoczna pajęczyna, filtrująca dźwięk z pogłosów. Odniosłem wrażenie, że kabel lepiej prezentuje wydarzenia bliżej słuchacza, co nie oznacza oczywiście nachalnego wchodzenia do pokoju odsłuchowego, tym niemniej w porównaniu z Draco słychać że Taurus gra bardziej w stronę słuchacza.

Jak chodzi o poszczególne zakresy to najsłabszy wydaje się być bas. Jest go generalnie niezbyt wiele, zwłaszcza w najniższym podzakresie. Przeważnie przy takim zestrojeniu bas jest szybki, rozdzielczy i dobrze kontrolowany. Tu niestety brakuje mi również artykulacji, bas jest monotonny, taki na jedną nutę. Draco nie ma dużo więcej basu, ale jest on istotnie lepiej prowadzony, dłużej wybrzmiewa, ma więcej zarówno wypełnienia ale i pokazuje więcej szczegółów. Linia basu na Taurusie była zbyt uproszczona, monotonna, jednostajna i wolna. Jak chodzi o wokale to zarówno męskie jak i żeńskie trochę syczały i piaszczyły, skala tego zjawiska nie była na szczęście zbyt dolegliwa, aczkolwiek było to słyszalne.

Wokale (zwłaszcza kobiece) zabrzmiały dość szczupło i bez stosownego wypełnienia. Brakowało zarówno ciepła, nasycenia barwy jak i większej ilości informacji odnośnie techniki śpiewu, wibracji powietrza itp. Podobne wrażenie obcinania mikroinformacji odniosłem przy odsłuchu większości instrumentów. Było czuć gdzie znajduje się konkretny instrument i to że w jego bezpośrednim sąsiedztwie jest powietrze, ale tak pół metra dalej scena robiła się jakby martwa, głucha. Zanikały dalsze rewerberacje, jakby fala dźwiękowa ginęła w tej pajęczynie. Na Epiphany X pogłos strun czy trąbki potrafił się ciągnąć jak kręgi na wodzie przez całą scenę i było słychać jak pomału wygasa. Tu było to coś w rodzaju przejścia sygnału przez zero, fala dochodziła jakieś pół metra dalej i … zanikała. Całościowo średnicę odebrałem jako dość suchą, pozbawioną miękkości. Z wokali to lepiej prezentowane były chyba męskie, kobiece brzmiało zbyt chudo. Brakowało mi ewidentnie lepszego zróżnicowania odległości pomiędzy poszczególnymi muzykami czy instrumentami, wszystkie one wydawały się grać w jednej linii. Wysokie tony odebrałem jako niezłe, ale przy głębszym wsłuchaniu się wyszło jednak że i najwyższy zakres tak jak i średnica ma w sobie trochę piasku. Brakowało trochę większego blasku zarówno talerzy, ale i choćby trąbek, które były ciut za chropowate.

[dt_quote type=”pullquote” layout=”right” font_size=”big” animation=”fade” size=”10″] Całościowo odebrałem tę sieciówkę jako niezłą, ale trochę zbyt dosłowną, odartą z ciepła, żeby ją zestawiać z definicji bardzo czułym na kable sieciowe odtwarzaczem. Do porównania na CD użyłem Epiphany X, która jest wybitnym kablem do urządzeń niskoprądowym, więc wiadomo było że łatwo nie będzie;-) Electraglide miała przewagę w każdym wyżej analizowanym obszarze; dokładniejsza, precyzyjniejsza, z lepiej wycyzelowaną górą o pięknym blasku, niżej schodzącym basem, cieplejszą średnicą, tysiącem mikroinformacji, pogłosów, itp. Jedna rzecz moim zdaniem jest lepsza w Taurusie, a mianowicie chyba lepiej uchwycona równowaga tonalna, Epiphany X jednak jest mimo wszystko zbyt jasna, przynajmniej na CD ARC. [/dt_quote]

Na końcówce mocy różnice pomiędzy kablami Pure Fidelity nie są tak jednoznaczne jak podczas odsłuchów na CD. Draco ma dokładnie tę samą przewagę rozdzielczości, wypełnienia mikrodetalami, jednakże Taurus już tak nie odstaje od rywala jak na CD, co wynika zapewne z faktu, że ma założone rodowane wtyczki, które zdecydowanie lepiej niż złoto pasują do dużych prądów. Rod generalnie w większy sposób porządkuje brzmienie i czyni go bardziej zwartym dynamicznym. Jak chodzi o wrażenia z odsłuchów na końcówce to w przypadku Taurusa zwraca uwagę wysoki poziom neutralności, dobra dynamika i szybkość. To czego dalej brakuje to większa otwartość, różnicowanie planów oraz odległości pomiędzy instrumentami.

Taurus przybliża scenę w kierunku słuchacza i wyraźnie ogranicza ilość informacji dochodzących z tylnych planów. Ma dość lekki i szybki, kontrolowany bas, ale niekoniecznie schodzący w najniższe rejestry. Z kolei Draco daje po prostu więcej dźwięku rozumianego jako całość, na który składa się większa ilość informacji leżących w całym zakresie pasma. Scena jest budowana zarówno wgłąb, na boki jak i wprzód, całościowo na pewno nie jest tak przybliżana do słuchacza jak na Taurusie. Bas schodzi niżej, może nie ma tej kontroli i szybkości co na Taurusie (złote puszki) ale ma więcej rozciągnięcia, wypełnienia. Więcej informacji na średnicy i wysokich tonów w zestawieniu ze złotymi puszkami może powodować wrażenie pewnego piaszczenia i nadmiaru szumów, cóż, taki jest właśnie urok złota. Natomiast słychać wyraźnie, że znów sprawdza się większy przekrój zastosowanych kabelków. Draco znacznie lepiej pokazuje wokale, oprócz rysunku który dawał Taurus dodaje im nasycenia, wypełnienia oraz większą ilość mikrosubtelności, w postaci oddechów, itp. Budowa nastroju, klimatu, przekazanie emocji znów jest domeną Draco.

[dt_gap height=”20″ /]

PLUSY:

+ duży poziom neutralności
+ brak zafarbowań i własnego charakteru
+ dobrze uchwycona równowaga tonalna, brak rozjaśnienia
+ brak agresji
+ spokój i zrównoważenie

[dt_gap height=”10″ /]

MINUSY:

– brak trójwymiarowości sceny znanej z kabli typu Electraglide Epiphany X i podobnej klasy
– jak na rodowane puszki mało ekspresyjne oddanie dynamiki
– ograniczony wgląd w niuanse rozgrywające się na tylnych planach, pewien
rodzaj nieprzejrzystości
– dość monotonny i mało rozciągnięty w dół bas, o słabym wypełnieniu i artykulacji

[dt_gap height=”10″ /]

System testowy:

ARC Reference, Harpia Louis, kable Kimber KS, zasilanie Acoustic Zen Absolute, Electraglide Epiphany X, X.3, Ultra Khan Mk I

Kable użyte w porównaniu:

Electraglide Epiphany X, X.3 na CD
Electraglide Ultra Khan Mk I na końcówce mocy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *